Dzisiaj zabieram Was w miejsce, które od dawna było na mojej podróżniczej liście marzeń. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam greckie Meteory na żywo, dosłownie odebrało mi mowę. Wyglądają jak sceneria z filmu fantasty, a nie prawdziwe miejsce na Ziemi.
Wyobraźcie sobie gigantyczne, ciemne skały strzelające w górę na kilkaset metrów prosto z płaskiej doliny. Na samych ich szczytach, jakimś cudem, setki lat temu ludzie wybudowali chrześcijańskie klasztory. Zresztą sama nazwa Meteory idealnie to oddaje – po grecku oznacza to „zawieszone w powietrzu”.
Kiedyś mnisi, żeby się tam dostać, musieli być wciągani na linach w specjalnych sieciach albo wspinać się po drabinach. Wyobrażacie to sobie? Na szczęście dzisiaj dla turystów wykuto już w skałach bezpieczne schodki i pomosty.
Te niesamowite formacje skalne powstały miliony lat temu na dnie dawnego morza pod wpływem wody, wiatru i trzęsień ziemi. Kiedyś klasztorów były aż 24, ale do dziś przetrwało i funkcjonuje tylko 6 z nich, w tym ten największy i najbardziej znany – Wielki Meteor.
Ja zwiedziłam jedynie wnętrze Klasztoru Świętego Stefana. To jeden z dwóch żeńskich monastyrów w całym kompleksie i mój absolutny ulubieniec, jeśli chodzi o komfort zwiedzania. W przeciwieństwie do innych skał nie znajdziecie tu setek morderczych, stromych schodów, bo na miejsce wchodzi się po prostu przez stabilny, płaski mostek prosto z drogi. Na miejscu urzędują zakonnice, które dbają o cudne, kwitnące ogrody i prowadzą małe muzeum pełne wiekowych ikon. Z tarasów tego klasztoru roztacza się też chyba najpiękniejsza panorama na miasteczko Kalambaka i całą zieloną równinę Tesalii.
Z racji tego, iż Meteory są to miejsca kultu religijnego, kobiety muszą mieć zakryte ramiona i długie spódnice. Ja byłam w długich spodniach, ale mimo tego przed wejściem dostałam specjalną chustę do owinięcia się w pasie. Mężczyzn obowiązują długie spodnie.



































